I

Autor: Pola P., Gatunek: Proza, Dodano: 11 stycznia 2012, 21:06:24, Tagi:  opowiadanie park dziecko lato

- Rozpędzasz się, kochanie!
Rozkojarzona, stara kobieta na parkowej ławce, z fioletowymi nogami od kolan aż do samych sandałów i gazetą tuż pod okularami krzyczała głośno w stronę stromej alejki, z której z prędkością 3km/h jechała na trójkołowym rowerku piegowata dziewczynka, oszpecona krzywo zaplecionymi rudymi warkoczykami. Ubrana w kiczowatą błękitną sukieneczkę z koronkowym kołnierzykiem, różowe skarpeteczki, białe sandałki (strój odpowiednio niedzielno - kościelny), kuperek usadzony na jaskrawo pomarańczowym plastikowym rowerku. Aż się zasmuciłam samym widokiem. Taka przyjemna, ciepła dziewczęca twarz. Czysta radość. Ile to może mieć - cztery, pięć lat? Nie znam się na dzieciach, nie znam się już też od dawna na niewinności. W tle kościelna wieża za parkowymi drzewami, babcia ukryła twarz w "Życiu na gorąco". Ruda drobinka pedałuje z zaciśniętymi ustami, poci jej się czółko, koronki podrażniają szyję. Na okładce gazety Kasia Chocipek.
- Patrz na tę małą, jaki rudzielec, i jaki ma rower jaskrawy! - Łysy mrugał do mnie zaczepnie, oczekiwał zainteresowania, czerpał przyjemność z każdej odpowiedzi. Nawet "spływaj" bywało dla niego zbawienne. Miał taką minę, że niemal widziałam jego wzwód z powodu mojego spojrzenia.
- Nieś to ostrożnie, chcę to mieć na miejscu całe i zdatne do użycia, wyżej!
Pięć kilo powyklejanych, powycinanych papierów i kartonów zasłoniło mi jego twarz, dekoracje z okazji urodzin chorej na raka siostrzenicy kogośtam.
- Ej, a gdybym się tak potknął, zabawnie by było, co nie? - zapewne szczerzył do mnie te swoje krzywe zęby, co na szczęście zasłaniały mi pastelowe motylki i kwiatuszki.
- To się nie potknij, chyba, że chcesz spędzić noc podrabiając moje zdolności plastyczne i nie zarobić na tym ani grosza. I ruchy.
Minęliśmy papierową Chocipek i fioletowe łydki babsztyla o farbowanych (co zauważyłam dopiero z bliska) na blond-różowy kolor włosach. Mała zjeżdżała w naszą stronę - ten rowerek musiał mieć jakąś blokadę, pedałowała zażarcie, pocąc się i sapiąc, zupełnie jakby jechała pod górkę, a nie w dół. Całym przodem tułowia napierała coraz silniej na przód swojego pomarańczowego potwora. Łapki zaciśnięte w piąstki na kierownicy, i zbielałe knykcie tych różowych łapek. Biedactwo.
- Skarbie, w prawo czy w lewo?
- Prosto, i nie mów tak do mnie.
- Ale to takie nieoczywiste, Skarbie. Więc będę.
Oczywisty za to był brak piątej klepki mojego tragarza. Kątem oka zobaczyłam jak próbuje ruchem biodra poprawić spadające spodnie, pewnie dlatego, że ręce miał intensywnie zajęte, a paska albo nie posiadał albo zgubił podczas któregoś spóźnionego biegu do autobusu. Rozgardiasz. Brakowało roztrzepanej czupryny, ta uporządkowana łysina kompletnie nie pasowała mu do charakteru ani stylu bycia.
Nie dziwił mnie entuzjazm i ochota przeniesienia tych papierzysk, dziwiło mnie, że przyszedł całe dziewiętnaście minut wcześniej, niespokojnie palił w tym czasie papierosy i krążył wzdłuż chodnika kopiąc co chwilę jakąś zakrętkę. Kompletnie nieświadomy faktu, że moje okno znajduje się tuż nad jego głową, a ja sobie tak patrzyłam na tę jego spacerującą łysinę. Uporządkowaną łysinę, uporządkowaną punktualność. Nawet nie stanął pod drzewkiem tylko wystawiał głowę na słońce, więc gdy zeszłam krople potu wpadały mu już do oczu.
- Gdzie chcesz to zanieść?
- Na Garncarską, do szpitala.
- Garncarską? Przecież tam jest onkologiczny…
Nieudawane przerażenie i zmieszanie – pewnie pomyślał, że mi babcia na raka umiera, a ja jej noszę całoroczny zapas laurek.
A teraz mi ten stos niósł, kompletnie bezproblemowo i prawie nie narzekając. Niech będzie.
Minęliśmy rowerek z dziewczynką mniej więcej w połowie drogi pod górę, gdzie asfalt się topił, więc zostawialiśmy ślady podeszew swoich butów obok trzech zygzakujących nieco liniowych śladów rowerka i powbijanych kapsli od piwa. Na ławce po drugiej stronie boiska siedziała zgraja dresików, słuchających Firmy z głośnika telefonu, pijących wódeczkę zapijaną browarkami. I to przed południem. Każdy spacerowicz dziwnym trafem wybierał tę stronę parku, dresiarską lożę szyderców zostawiali z boku, przynajmniej mieli perspektywę.
Łysy potknął się o wybrzuszony asfalt, pięciokilowy stos makulatury spadł na ziemię, jego czerwona, spocona facjata spojrzała na mnie najsmutniej w świecie. Smutne oczy na smutnej, zapadłej, pociągłej twarzy. Rozciągnął się ze smutku do samej ziemi.
- No to pięknie. - wydusiłam z siebie trzy słowa walcząc z pragnieniem mordu i otarłam pot z czoła. 35 w Celsjuszu nie jest dobre.
Cztery sekundy później parkiem zadrżał rozdzierający dziecięcy krzyk. Rudzielec, który przed chwilą napierał swoim ciężarem na kierownicę w celu przyspieszenia przegrał z prawami fizyki i teraz czerwone, spocone pucki, kolana i łokcie miał obdarte, a rowerek spadał z górki, zupełnie jakby zapomniał, że przed chwilą mu się wcale nie śpieszyło. Sukieneczka zakrwawiona, buźka zalana potokiem łez.
Fioletowe łydki biegły pod górę, a "Życie na gorąco" spadło z ławki na trawę. Kasią Chocipek twarzą w dół.

Komentarze (6)

  • Nic nie rozumiem. To znaczy troche rozmiem, a mianowicie to, że kiedy ma się mało do powiedzenia, to wychodzi taki misz masz

    • Pola P.
    • 11 stycznia 2012, 22:23:47

    taki misz masz, klawiatura z głową wpadły mi dziś do miksera. chyba dlatego wyszło połamane.


  • Ogólnie nijakie, pomijam brak składni.
    Paryżanki, miła Pani, odwracają głowy.

    Potencjał?
    Jest.

  • Fajnie się czytało, ale zakończenie zepsuło cały efekt. Warto poszukać innego pomysłu. Mnie przyszedł do głowy taki, co to by troszkę wmieszał jakieś intuicyjne, trochę symboliczne powiązania losu obu dziewczynek, chorej i zdrowej; obu szans - pokonania górki i pokonania choroby; zaprzepaszczenie źródeł radości - spadający rowerek, rozsypana na gorącym asfalcie urodzinowa dekoracja. Skróciłabym końcowy fragment, np. tak:

    Cztery sekundy później - rozdzierający dziecięcy krzyk. Dziewczynka, która przed chwilą napierała swoim ciężarem na kierownicę przegrała z prawami fizyki i teraz czerwone, spocone pucki, kolana i łokcie miała obdarte, a rowerek spadał z górki.

    (No i nie wiem, czy "dresiki" są tu potrzebne. Chyba wprowadzają jakiś zbędny kierunek w odbiorze.)

    • Pola P.
    • 12 stycznia 2012, 18:51:46

    dziekuję pięknie za uwagi.
    dresiki wprowadzone w klimat spalonego latem, odurzonego parku w centrum miasta, pośród bawiących się dzieci i odpoczywających staruszków - takie klimaty są mi bardzo znajome.

  • very nice

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się